Powołania

4(138)2019 Od Redakcji

       Podczas ostatnich redakcyjnych prac przed oddaniem tego numeru do druku, dotarła do nas informacja o złożeniu ślubów wieczystych przez chorego kleryka Michała Łosa FDP w bardzo wyjątkowych okolicznościach – na łóżku szpitalnym oddziału onkologicznego warszawskiego szpitala wojskowego – i o udzieleniu mu następnego dnia święceń diakonatu i prezbiteratu przez bpa Marka Solarczyka. Wielu na pewno obejrzało film na facebookowym profilu księży orionistów1. To wzruszające wydarzenie skłania do głębokich refleksji. Półtora wieku wcześniej Antoni Klaret również składał śluby zakonne w ciężkiej chorobie i w obliczu bliskiej śmierci, z tą jednak różnicą, że był niemłodym już arcybiskupem i czynił to w założonym przez siebie zgromadzeniu. Dzisiaj młodemu księdzu Michałowi internauci najczęściej życzą uzdrowienia (90) i Bożego błogosławieństwa (75), modlą się o jego powrót do zdrowia (40) lub po prostu życzą zdrowia (15)2. Na szczęście tylko pięć osób przypomina mu w tym momencie o jego cierpieniu, i tylko dwie życzą wytrwałości, jednakże nie w cierpieniu, lecz w powołaniu...3. Tymczasem tylko jeden człowiek życzy radości4 i nikt nie życzy mu szczęścia…5.
       Gdy księdza Michała nie było jeszcze na świecie, znalazłem się w szpitalu – nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu, ale pierwszy raz jako kapłan. W tamtych czasach szpitale nie miały kapelanów na etacie, a w moim chorych odwiedzał na przemian proboszcz z wikarym. Zaproponowałem, że zastąpię ich w czasie mojej kuracji. Rano Eucharystia w holu i obchód po salach. Potem, jeśli była taka potrzeba, wkładałem na piżamę sutannę, zakładałem stułę, brałem oleje i szedłem, gdzie mnie wołano. Chorzy inaczej traktowali księdza leżącego z nimi w szpitalu niż zdrowego przychodzącego z zewnątrz. Prawie każdy kto mógł pojednał się z Bogiem i wstawał rano na Mszę, przyjmując codziennie Komunię św. Personel bez skrępowania budził mnie o każdej porze do chorych na SOR. Był to czas owocnych dla wielu z nich, a przede wszystkim dla mnie, nieplanowanych rekolekcji.
       Raz w środku nocy obudzono mnie, by namaścić mężczyznę umierającego po wypadku drogowym. Miał wgniecioną klatkę piersiową. Żył tylko dzięki aparaturze medycznej, ale miał świadomość, bo otworzył oczy i patrzył się na mnie. „Proszę pana, miał pan wypadek. Wkrótce pan umrze. Jestem księdzem katolickim. Jeśli jest pan katolikiem i pozwoli, to pana namaszczę”. Lekarz i sanitariusze: „Księże, szybko!”. A mężczyzna, choć nie może mówić, chce mi coś powiedzieć. Patrzy się na mnie tak sugestywnie, że wbrew logice przykładam ucho do jego ust i słyszę wyraźny szept: „Ale ja mam grzechy”. Człowiek umiera. W swej prostej religijności nie wie, że namaszczenie gładzi grzechy, ale jest uczciwy i nie chce dopuścić do świętokradztwa. Nie mamy czasu na katechezę i wyjaśnienia. „Rozumiem. Niech pan żałuje. Najpierw pana rozgrzeszę, a potem namaszczę. Jeśli pan się zgadza, proszę mrugnąć oczami”. Zaciska powieki raz, drugi, trzeci, najsilniej jak umie i zalewa się łzami. Ja też, bo jednam z Bogiem człowieka uczciwego, nie kombinującego, nie mam cienia wątpliwości, że ważnie, co nie zawsze jest oczywiste. „Księże szybko, bo nam ucieka!”. Faktycznie odpłynął, ale to była tylko utrata przytomności. Rano mówią mi, że to cud, że przeżył, że nie tylko nerki, ale i resztę narządów ma w nie najgorszym stanie i że są duże szanse na wyzdrowienie, chociaż miano go już tylko za dawcę organów.
       Pewnej nocy położyli na naszej sali odwodnionego starca, którego dzieci co jakiś czas przywoziły do szpitala i zostawiały jak w przechowalni. Dziadek nie chciał zostać, krzyczał, próbował uciekać, wyrywał sobie kroplówki. Po kilku godzinach wszyscy byliśmy tym zmęczeni. Potrzebowałem choć paru godzin snu, żeby rano przygotować Mszę i zrobić obchód. Gdy siostry postanowiły przywiązać dziadkowi ręce do łóżka skórzanymi pasami, odetchnąłem z ulgą. Nie zgodził się jednak na to współtowarzysz niedoli, prosty mechanik, żyjący z przeszkodą do ślubu kościelnego, po biopsji gorączkujący jeszcze bardziej niż ja: „Oszaleliście? Chcecie wiązać człowieka? Ja go będę pilnował”… W wywiadzie udzielonym jeszcze przed beatyfikacją żony, Piotr Molla powiedział: „Nie wiedziałem, że żyję blisko świętej”. Zdarza się nam to częściej niż się tego domyślamy. Nie znaczy to, że choroba czyni świętym (pamiętajmy przestrogę z J 5,1-16), ale niekiedy stan czyjejś choroby lub cierpienia otwiera nam oczy na świętość innych, o którą przedtem nigdy byśmy ich nie podejrzewali.
       W dziesięciotomowej encyklopedii instytutów zakonnych, będącej najlepszym kompleksowym opracowaniem tego typu na świecie6, oprócz informacji o konkretnych instytutach, znajdują się również opracowania poszczególnych zagadnień życia konsekrowanego, nierzadko wyczerpujące i bardzo rozbudowane. Wystarczy wspomnieć hasło povertà (ubóstwo) zajmujące aż 166 kolumn7. Odnośnie do zagadnienia choroby w realiach życia zakonnego, oprócz dwóch haseł dotykających tej problematyki w sposób pośredni: medicina (lekarstwo)8 i ospitalieri (szpitalnicy)9, expresis verbis poświęcono jej tylko jedno dość osobliwe hasło: malattie mentali (choroby psychiczne), opracowane przez zmarłego osiem lat temu francuskiego psychiatrę i socjoterapeutę, ojca Romana Matignon OFM10. Zamierzaliśmy nawet opublikować w tym numerze tłumaczenie tego interesującego tekstu.
       Ta osobliwa okoliczność przypomina nam smutną historię siostry Barbary Ubryk (1817-1898), przez krótki czas wizytki (1838), w latach 1849-1869 krakowskiej karmelitanki (Teresy od św. Stanisława), chorej psychicznie histeryczki, przez współsiostry więzionej 21 lat (1848-1869) w okrutnych warunkach, w ich najgłębszym przekonaniu dla jej dobra. Dzisiaj taka tragedia jest nie do pomyślenia. Jednak ze względu na krzywą demograficzną naszych wspólnot, liczbę ich chorych członków cechuje tendencja wzrostowa, a tych zdrowych niestety spadkowa. Ci ostatni są przemęczeni, nie dają rady wypełniać rzetelnie swych apostolskich obowiązków i opiekować się z empatią chorymi, a chorzy czują się zaniedbywani i „odstawieni na boczny tor” przez tych, którym po Bogu, poświęcali dotąd cały swój czas i wszystkie energie. To staje się czasami przyczyną narastającego niezrozumienia, zamykania w sobie, konfliktów i podziałów oraz dodatkowego cierpienia duchowego i tak już nad siły doświadczanych sióstr i współbraci.
       W uroczystość św. Stanisława zadzwonił do nas ks. Franciszek, długoletni czytelnik „Życia Konsekrowanego”, prosząc wielce wzruszony o nie przysyłanie mu już więcej naszego dwumiesięcznika, mimo wykupionej na ten rok prenumeraty, ponieważ gwałtownie rozwijająca się choroba szybko i nieodwracalnie pozbawiła go już prawie zupełnie możliwości czytania. Przejmująca rozmowa przerodziła się w serdeczne i wzruszające pożegnanie. Nie mówiąc mu tego postanowiłem wówczas, że poproszę Was, którzy ciągle nas czytacie, o modlitwę za niego, o wytrwałość w cierpieniu – i jeśli taka byłaby wola Boża – o cofnięcie skutków choroby u tego zacnego kapłana. Zanim więc przejdziecie do lektury artykułów opublikowanych w tym numerze, proszę Was o modlitwę za wspomnianych kapłanów i za wszystkich naszych ciężko chorych Czytelników.

Boże, Twój Syn dźwigał nasze boleści i objawił nam tajemniczą wartość cierpienia, wysłuchaj nasze prośby za chorych kapłanów Michała i Franciszka oraz wszystkich chorych czytelników „Życia Konsekrowanego” i spraw, aby pamiętając, że należą do tych, którym Ewangelia obiecuje pociechę, czuli się zjednoczeni z Chrystusem cierpiącym za zbawienie świata. Amen.

      Przypisy:

      1 www.facebook.com/orionepl/videos/395948791009168/

      2 Nie licząc zwyczajowego „Pozdrawiam” (3 razy). Dane dotyczą pierwszych 920 postów w ciągu pierwszych 5 dni na wyżej podanej stronie.

      3 Zob. ŻK 6 (134) 2018, s. 5.

      4 Być może takie życzenia mają wyrażać niektóre z licznych emotikonów.

      5 Nie licząc zwyczajowego „Szczęść Boże” (6 razy).

      6 Dizionario degli Istituti di Perfezione (DIP), Edizioni Paoline, Roma 1974-2003. Zawiera ponad 10 tys. haseł.

      7 Tamże, tom VII, Roma 1983, kol. 245-410.

      8 Tamże, tom V, Roma 1978, kol. 1125-1134.

      9 Tamże, tom VI, Roma 1980, kol. 975-981. Oczywiście osobno konkretnych zakonów, takich jak joannici, bonifratrzy, kamilianie oraz liczne zakony żeńskie.

      10 Tamże, tom V, Roma 1978, kol. 862-865.

©2024 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line