Powołania

Dzień 11 - Choroba

Z Autobiografii św. Antoniego Marii Klareta:

"Właśnie ukończyłem rekolekcje, więc byłem pełen zapału. Starałem się jedynie dążyć do doskonałości, a w nowicjacie widziałem tyle dobrych rzeczy, na wszystko zwracałem uwagę, wszystko bardzo mi się podobało i wywarło ślad w moim sercu.

Dawano tu pewne umartwienia, chociaż się o nie nie prosiło. Można było sobie ich nawet nie uświadamiać. Opowiem o paru, które mi się zdarzyły. Nigdy nie pasjonowałem się grą i właśnie dlatego kazano mi grać w każdy czwartek, kiedy musieliśmy iść do ogrodu. Z całą prostotą poprosiłem o. Rektora, żeby łaskawie pozwolił mi się uczyć lub modlić zamiast grać, lecz on mi odpowiedział kategorycznie, że mam grać i to dobrze grać. Tak się starałem dobrze grać, wygrywałem wszystkie partie.

Pewnego razu zauważyłem, że pewien kapłan z naszego domu musiał bardzo późno odprawiać Mszę św. we wszystkie dni świąteczne. Wiedziałem, że zachowanie postu tak długo było dla niego dość uciążliwe, chociaż nie narzekał z tego powodu (w tamtych czasach post obowiązywał od samego rana, aż do przyjęcia Komunii św., nawet jeśli Msza św. była wieczorem; wtedy przez cały dzień się nie jadło). Poruszony współczuciem, powiedziałem przełożonemu, że ja mógłbym odprawiać później, ponieważ nie przeszkadza mi jeść późno śniadanie, a ów kapłan mógłby odprawiać o mojej godzinie, która była bardzo wygodna. Efekt był taki, że musiałem odprawiać jeszcze wcześniej.

Już wspomniałem, że kiedy podróżowałem do Rzymu miałem tylko brewiarz na cały rok i Biblię z drobnym drukiem. Kiedy wstąpiłem do nowicjatu, umieszczono mnie w celi, gdzie były wszystkie potrzebne książki oprócz Pisma św., które tak ceniłem. Wraz z moim ubraniem zabrano mi także Biblię, którą miałem ze sobą. Prosiłem o nią i powiedziano mi: dobrze, lecz nie ujrzałem Biblii.

Po czterech miesiącach od wstąpienia rozpoczęliśmy Ćwiczenia św. Ignacego, które trwały miesiąc.

Pewnego dnia poczułem tak wielki ból w prawej nodze, że nie mogłem chodzić. Konieczna była pomoc medyczna. Zaaplikowano mi odpowiednie środki i dało mi to pewną ulgę, ale nie całkowitą. Istniała obawa, że zostanę kaleką. Widząc mnie w takim stanie o. Rektor powiedział: To, co się z księdzem dzieje, nie jest czymś naturalnym, ponieważ zawsze byłeś taki zadowolony, wesoły i zdrowy, a teraz właśnie taka zmiana. Nasuwa mi się myśl, że Pan Bóg chce czegoś innego od księdza. Powiedział mi nadto: Jeżeli ksiądz chce, niech porozmawia z o. generałem, który jest tak dobry i dużo wie o Bogu. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie i poszedłem do niego. Wysłuchał mnie uważnie i powiedział z całą pewnością, bez wahania: Wolą Bożą jest, aby ksiądz udał się prędko, prędko do Hiszpanii. Proszę się nie bać, odwagi!

Po tak jednoznacznym oświadczeniu nie było innego wyjścia, jak wrócić do Hiszpanii. Z czasem okazało się, że o. Generał był natchniony przez Boga, kiedy powiedział mi te słowa. W jednym z listów jakie do mnie później napisał, powiada: Bóg zaprowadził Cię do Jezuitów, nie po to, abyś w nim pozostał, lecz po to, abyś nauczył się zdobywać dusze dla nieba.

W połowie marca opuściłem Rzym udając się do Katalonii. Mój przełożony, ks. Luciano Casadevall powiedział mi, abym udał się do Viladrau i w tym celu mianował mnie zarządcą. Przybyłem tam 13 maja i tam też wyleczyłem się z choroby" (Aut 149-151, 165-167).

 

©2018 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line