Powołania

Dzień 14 - Między wiatrem i rzeką

Z Autobiografii św. Antoniego Marii Klareta:

"W ciągu siedmiu lat, od 1840, kiedy powróciłem z Rzymu, do 1848, kiedy wyruszyłem do Madrytu, chodziłem pieszo od jednej miejscowości do drugiej. Miałem mapę Katalonii podszytą płótnem, którą nosiłem złożoną. Według tej mapy mierzyłem odległości i wyznaczałem sobie miejsca postoju. Rano szedłem przez pięć godzin a drugie pięć po południu. Czasem szedłem w deszczu, kiedy indziej przez śnieg, a latem w palącym słońcu. Ta ostatnia pora najbardziej dawała mi się we znaki, jako że zawsze chodziłem w sutannie i kurtce, w tej samej latem i zimą, więc latem było mi gorąco, nie mówiąc o butach i wełnianych skarpetkach, które robiły mi pęcherze na stopach, tak że nieraz szedłem kulejąc. Śniegi również dawały mi możność ćwiczenia cierpliwości, kiedy były wielkie opady i wszystkie drogi były zasypane. Utrudniało mi to orientację w terenie, szedłem na przełaj i wpadałem do rowów pełnych śniegu.

Ponieważ zawsze wędrowałem pieszo, przyłączałem się do poganiaczy krów i prostych ludzi, aby z nimi rozmawiać o Bogu, pouczyć ich w sprawach wiary. Dzięki temu szybciej schodziła nam droga i wszyscy byliśmy bardzo pokrzepieni. Pewnego razu przechodziłem przez rzekę, na środku której leżał wielki kamień. Między brzegiem a kamieniem leżała belka podobnie jak między kamieniem a drugim brzegiem. Przechodziłem przez tę rzekę wraz z innymi ludźmi i kiedy doszedłem do kamienia na środku rzeki, ponieważ bardzo wiało, zerwał się tak mocny podmuch, że porwał belkę, która leżała przede mną wraz z człowiekiem idącym po niej. Wpadł wraz z belką do wody. Zostałem na środku rzeki, na kamieniu i opierając się na kiju przeciwstawiałem się podmuchom wiatru, aż pewien nieznajomy człowiek przeszedł w bród rzekę i przeniósł mnie na ramionach na drugi brzeg. Szedłem dalej, lecz wiatr był tak silny, że często spychał mnie z drogi.

Musiałem znosić nie tylko upały, mrozy, śniegi, błota, deszcze i wiatry, rzeki i morza, jak mi się to zdarzyło, kiedy to podczas burzy musieliśmy płynąć pod prąd, ale też i diabły bardzo mnie prześladowały. Pewnego razu sprawili, że spadł kamień, kiedy przechodziłem. Kiedy indziej w pewnej miejscowości, w niedzielę po południu, kiedy kościół był pełen ludzi, szatan sprawił, że spadł ogromny kamień z głównego łuku i rozbił się na posadzce nie raniąc nikogo, pomimo że obok stali ludzie. Wszyscy się bardzo temu dziwili.

Odczuwałem namacalnie opiekę Najświętszej Dziewicy, Aniołów i Świętych. Najświętsza Maryja i jej Aniołowie prowadzili mnie po nieznanych ścieżkach, strzegli mnie przed złodziejami i zabójcami. Bardzo często roznosiła się pogłoska, że zostałem zamordowany, a wtedy ludzie modlili się za moją duszę. Bóg im zapłać.

W prowincji Tarragona na ogół wszyscy mnie bardzo lubili, lecz było paru, którzy chcieli mnie zabić. Ks. arcybiskup wiedział o tym. Pewnego dnia rozmawialiśmy o grożącym niebezpieczeństwie, a ja powiedziałem: Ekscelencjo, z tego powodu się nie cofnę ani nie powstrzymam. Proszę mnie wysłać w jakiekolwiek miejsce diecezji, a pójdę tam z ochotą, choćbym wiedział, że po obu stronach drogi stoją bandy morderców ze sztyletami w ręku i czekają na mnie. Chętnie będę szedł naprzód. Moim zyskiem byłaby śmierć zadana mi z nienawiści do Jezusa Chrystusa" (Aut 460-466).

 

©2018 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line