Powołania

Dzień 16 - Brzytwa i krew

Z Autobiografii św. Antoniego Marii Klareta:

"Dnia 1 lutego 1856, po przybyciu do miasta Holguin, rozpocząłem wizytę duszpasterską.

Po zakończeniu Mszy wyszliśmy z kościoła. Towarzyszyli mi czterej księża i mój paź Ignacio, oraz zakrystian z latarnią, ponieważ panowała ciemność, a było wpół do dziewiątej w nocy. Znajdowaliśmy się już na głównej ulicy. Po jednej i po drugiej stronie było wielu ludzi, a wszyscy mnie pozdrawiali. Zbliżył się do mnie jakiś człowiek, tak jakby chciał ucałować mój pierścień, ale w tej chwili wyciągnął brzytwę i z całą siłą zadał cios. Ponieważ miałem głowę pochyloną, a trzymaną w prawym ręku chusteczką zasłaniałem sobie usta - zamiast poderżnąć mi gardło, jak zamierzał, ciął mnie przez lewy policzek, od ucha do brody, a dalej rozciął mi prawe ramię, którym zasłaniałem sobie usta.

Brzytwa przecięła mi ciało i kości szczęki górnej i dolnej. Krew płynęła na zewnątrz i do wewnątrz ust. Natychmiast prawą ręką złapałem się za policzek, aby powstrzymać fontannę krwi, lewą ręką uciskałem ranę prawego ramienia. Akurat znajdowałem się obok apteki i powiedziałem: Wejdźmy tu, dostaniemy jakieś leki. Ponieważ lekarze miejscy i wojskowi byli na Mszy i wychodzili z kościoła z pozostałymi ludźmi, wieść rozniosła się lotem błyskawicy, a oni stawili się natychmiast. Ujrzawszy mnie przerazili się, widząc biskupa całego we krwi; a był to dla nich nie tylko biskup, lecz także przyjaciel, bowiem kochali mnie i poważali. Na mój widok do tego stopnia oniemieli, iż sam musiałem im mówić, co mają robić. Ja byłem bardzo spokojny i pogodny. Ci sami lekarze powiedzieli, że z ran upłynęło mi co najmniej cztery i pół funta krwi. Z upływu krwi popadłem w krótkie omdlenie, ale szybko się ocknąłem, kiedy dano mi do powąchania ocet.

Po opatrzeniu ran zaniesiono mnie na noszach do domu. Nie potrafię tu oddać przyjemności i radości, jakiej doznawałem w duchu, widząc, że spełniło się moje wielkie pragnienie, aby przelać krew z miłości do Jezusa i Maryi. Ta radość i przyjemność trwała przez cały czas, kiedy leżałem w łóżku, a tym sposobem radowałem również wszystkich tych, co mnie odwiedzali.

Podczas leczenia ran zdarzyły się trzy cudowne rzeczy, które tu pokrótce opiszę:

Pierwszą z nich było natychmiastowe uleczenie przetoki, o której lekarze mówili, że potrwa. Przy zadaniu mi rany zostały całkowicie przerwane kanaliki, toteż ślina o konsystencji wody, spływała małym otworkiem w samym środku cięcia, czy raczej zabliźniającej się rany policzka, tuż obok ucha. Lekarze chcieli wykonać bolesny i ryzykowny zabieg; umówiliśmy się więc na następny dzień. Poleciłem się opiece Najświętszej Maryi Pannie, poddałem się woli Bożej i natychmiast zostałem uzdrowiony. Tak więc, kiedy lekarze następnego dnia ujrzeli ten cud, zdumieli się.

Następnym cudem było, iż blizna prawego ramienia przybrała wygląd płaskorzeźby popiersia Matki Bożej Bolesnej. Przez pierwsze dwa lata można ją było łatwo rozpoznać, toteż była obiektem podziwu przyjaciół, którzy ją oglądali. Później jednak poczęła niepostrzeżenie zanikać, a dziś już ledwie można ją dostrzec.

Trzecim cudem była myśl o Akademii św. Michała, jaka przyszła mi w pierwszych dniach leżenia w łóżku. A kiedy tylko wstałem, począłem rysować jej obraz i spisywać regulamin. Dziś natomiast jest on już zatwierdzony przez rząd, z królewskim zezwoleniem, a także uświęcony i zarekomendowany przez Papieża Piusa IX.

Zamachowca natychmiast ujęto i zaprowadzono do więzienia. Wytoczono mu proces, a sędzia skazał go na karę śmierci, mimo że ja wielokrotnie oświadczałem, iż przebaczam mu jako chrześcijanin, kapłan i arcybiskup. Błagałem o ułaskawienie i prosiłem, aby go usunięto z wyspy, żeby go - jak się tego obawiano - ludzie nie zamordowali za to, że mnie był zranił. Tak wielki był bowiem ból i oburzenie na sam fakt mojego zranienia, a jednocześnie wstyd i hańba, jaką odczuwali, iż to w ich kraju został zraniony ich biskup.

Zaofiarowałem się opłacić mu podróż, żeby go zawieziono w jego strony. Nazywał się Antonio Perez. Rok wcześniej wyciągnąłem go z więzienia nie znając go, tylko dlatego, że błagali mnie o to jego krewni, i w tym celu zabiegałem o to u władz. Spełniły one moje życzenie i zwolniono go, on zaś następnego roku uczynił mi przysługę, raniąc mnie. Nazywam to przysługą, bowiem uważam za wielką łaskę Niebios, za którą jestem niezwykle wdzięczny, wciąż dziękując Bogu i Najświętszej Maryi Pannie" (Aut 574-584).

 

©2018 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line