Powołania

Dzień 4 - Cholera

Z Autobiografii św. Antoniego Marii Klareta:

"Odprawialiśmy modły błagalne i wszyscy udawaliśmy się z procesją do topolowego zagajnika nad morzem; tam rano zbierali się przedstawiciele władzy oraz pozostali ludzie z miasta.

Poza litaniami odśpiewywaliśmy Mszę błagalną, po południu zaś, poza różańcem i modlitwami błagalnymi, odprawiałem posługę kapłańską nawołując do pokuty. Mówiłem im, iż Bóg uczynił to samo, co czyni matka, której syn jest wielkim śpiochem, ona zaś potrząsa jego łóżkiem, aby się zbudził i wstał, a jeśli to nie skutkuje, wymierza mu karę cielesną. A Bóg czyni podobnie ze swymi grzesznymi synami pogrążonymi w letargu: teraz oto potrząsnął ich pryczą, łóżkiem, domem, a jeśli nadal się nie obudzą, zacznie karać ich ciało zarazą, czyli cholerą, co dał mi poznać Bóg, Pan nasz. Niektórzy zebrani przyjęli to bardzo nieprzychylnie i oczerniali mnie, lecz oto w niewiele ponad miesiąc później w straszny sposób objawiła się epidemia cholery - była taka jedna ulica, przy której w niecałe dwa dni umarli wszyscy mieszkańcy (O. Klaret napisał z Santiago do ks. Jose Caixala: „Przybyłem do tego miasta, aby służyć ludziom dotkniętym zarazą. Jest tu ulica, przy której w ciągu jednej jedynej nocy umarło 60 osób. Nikt nie zmarł bez przyjęcia sakramentów. Mimo że znajdowaliśmy się bezustannie wśród zarażonych, żadnemu z nas absolutnie nic się nie przytrafiło. Tą samą łaską obdarzył Pan pozostałych kapłanów w mieście, a wszyscy oni zachowywali się z najwyższym bohaterstwem". W sumie w ciągu 3 miesięcy umarły 2734 osoby).

Z powodu trzęsień ziemi i zarazy wyspowiadało się bardzo wiele osób, które nie uczyniły tego podczas prowadzonych misji. To wielka prawda, że wielu grzeszników jest jak drzewo orzechowe, z którego owoce spadają dopiero po uderzeniu kijem! (...) Ponieważ panowała epidemia, wiele osób wyspowiadało się przed śmiercią.

(...) Podczas epidemii cholery całe duchowieństwo dniem i nocą pracowało bardzo dobrze. Ja wraz ze wszystkimi kapłanami byłem cały czas z chorymi, wspomagając ich na duchu i na ciele; tylko jeden z nas umarł, a był to proboszcz El Cobre. Poczuł on atak choroby, lecz miał nadzieję na wyleczenie się lekarstwami. Leżał w łóżku, wezwano go do chorego, on zaś rzekł: „Wiem, że jeśli tam pójdę, umrę, ponieważ pogorszy się mój stan, lecz ponieważ nie ma tu innego kapłana, idę; wolę umrzeć niż nie udzielić pomocy choremu, który mnie wzywa". I poszedł; a kiedy wrócił, położył się do łóżka i umarł (ten bohaterski kapłan to Francisco Vega).

W ciągu dwóch pierwszych lat, pomimo trzęsień ziemi i epidemii cholery, nawiedziliśmy wszystkie parafie arcybiskupstwa. We wszystkich albo ja, albo moi towarzysze prowadzili misje. Organizowaliśmy je w jakiejś suszarni tytoniu, mają one bowiem wielkie zadaszenia. Ustawialiśmy tam ołtarz, kazalnicę, a z krzeseł robiliśmy konfesjonały, do których kratki woziliśmy ze sobą.

W ciągu tych dwóch pierwszych lat częste były ulewy. Kiedyś padało dziewięć miesięcy bez jednego dnia przerwy. Mimo to jednak udawaliśmy się z miejsca na miejsce, ludzie zaś zawsze uczestniczyli we Mszy św.; nieustannie panowała radość i wesele, choć często nie starczało nam środków do życia" (Aut 535-539).

CDN

 

©2018 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line