Powołania

Dzień 5 - Heroiczna podróż

Z Autobiografii św. Antoniego Marii Klareta:

"Pamiętam jak w drugim roku naszego pobytu na tych ziemiach zapragnąłem udać się drogą lądową do Baracoa, bowiem morzem nie było sposobności. Wyruszyłem ze swoimi towarzyszami. (Bez wątpienia była to najodważniejsza, wręcz heroiczna podróż w życiu o. Klareta). Mieliśmy ze sobą sługę wiozącego żywność, ponieważ owe okolice były odludne - ludzie z niewielu istniejących tam siedzib uciekli przed zarazą. Otóż ten służący zaczął zostawać w tyle, bowiem juczne zwierzę szło opornie. Ciemną nocą, już po godzinie 21, przybyliśmy na miejsce - do pewnego domu, w którym znaleźliśmy tylko mały i okropnie twardy wojskowy suchar. Podzieliliśmy go na cztery części, po jednej dla każdego księdza, a następnego dnia, na czczo, musieliśmy podążyć najgorszą drogą, jaką kiedykolwiek jechałem.

Trzydzieści pięć razy musieliśmy przeprawiać się przez rzekę Jojó [czyt. chocho], płynie ona bowiem pomiędzy dwiema wysokimi górami i nie ma tam miejsca - kiedy jest dostęp z jednej strony, nie ma go z drugiej. Po przebyciu rzeki musieliśmy wspiąć się po wysokiej grani, zwanej Cuchillas de Baracoa. Nazwa ta znakomicie do niej pasuje, gdyż naprawdę podobna jest do brzeszczotu (słowo cuchillo znaczy nóż). Na jej ostrzu, to jest szczycie, biegnie droga, a kiedy się tamtędy przejeżdża bywają odcinki, na których dmie się w morską muszlę, aby dwóch jeźdźców nie spotkało się na przełęczy, wtedy bowiem jeden z nich musiałby spaść w otchłań - przejście jest tak wąskie, iż koń nie ma jak zawrócić. Owe góry zaś są tak wysokie, że widać morze po obu stronach, bo przechodzą przez środek wyspy, a ciągną się aż na cztery mile. I otóż na czczo, po wielokrotnym przeprawianiu się przez rzekę, musieliśmy wspinać się, a następnie schodzić z tych gór, zaś zejście jest tak strome, że dwukrotnie pośliznąłem się i upadłem, choć, dzięki Bogu, niespecjalnie się potłukłem.

W południe przybyliśmy do wiejskiego domu, gdzie mogliśmy coś zjeść, a po południu szczęśliwie dotarliśmy do miasta Baracoa, tj. punktu, w którym postawił stopę odkrywca Krzysztof Kolumb, kiedy dopłynął do wyspy Kuby. Zachował się jeszcze krzyż, który postawił po wylądowaniu. Od 60 lat żaden biskup nie odwiedzał tego miasta, dlatego też nie udzielano tam sakramentu bierzmowania. Kiedy przybyłem na miejsce, dwóch moich towarzyszy już prowadziło misje święte. Pomimo to, przez cały czas mojego pobytu wygłaszałem kazania, udzieliłem wszystkim sakramentu bierzmowania.

Dalej udaliśmy się do Santiago, stolicy, odległej o czterdzieści mil. Ponieważ droga prowadzi przez odludzie, musieliśmy zabrać ze sobą prowiant. Wyruszyliśmy w Wielki Poniedziałek. Wieźliśmy ze sobą w glinianym naczyniu potrawkę z dorsza, grochu i kartofli. Kiedy przebyliśmy już szmat drogi, moi towarzysze stwierdzili, że trzeba coś zjeść. Zatrzymaliśmy się więc, oni wyciągnęli gar, rozpalili ogień, a dla ochrony przed wiatrem przylgnęli do pnia wielkiego drzewa mahoniowego. Wszyscy zbieraliśmy drewno na podpałkę. Niestety, od ognia biło takie gorąco, że gliniany garnek pękł. Zaopatrzyliśmy się w jaguę (yaguas to wielkie liście, spadające z drzew palmowych niczym płaty futra z lamy). Właśnie w taki liść zawinęliśmy potrawkę, ponieważ nie mieliśmy już garnka. Nie mieliśmy też łyżki ani widelca, toteż wzięliśmy tykwę i z jej pomocą spożyliśmy naszą potrawę. Chciało nam się pić, więc wzięliśmy jeszcze jedną jaguę, związaliśmy końce, tworząc rynienkę, wypełniliśmy ją wodą i w ten sposób piliśmy, z wielką przyjemnością. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni i weseli, było to wspaniałe. Następnego dnia dotarliśmy do Santiago.

Przez pierwsze dwa lata, jak już wspominałem, mieliśmy trzęsienia ziemi i zarazę. Mimo to w ciągu tych pierwszych dwóch lat wszyscy, zarówno ja, jak i moi towarzysze, prowadziliśmy misje we wszystkich parafiach na Kubie. We wszystkich złożyłem wizytację duszpasterską, we wszystkich udzielałem sakramentu bierzmowania. Trwało tak długo, aż udzieliłem bierzmowania wszystkim osobom. (Ks. Paladio Currius oświadczył: "W ciągu dwóch lat naszego pobytu na Kubie udzielono 73.000 komunii, 97.000 bierzmowań; zostało zalegalizowanych 8500 małżeństw i pogodzonych 210 rozwiedzionych"). Wszystkim dawaliśmy książeczki, obrazki, medaliki i różańce; i wszyscy byli bardzo zadowoleni, my także.

W trakcie pierwszej misyjnej wizytacji rozdaliśmy 98.217 książeczek, które dawaliśmy za darmo lub wymienialiśmy za niedobre książki, jakie ludzie przynosili nam w tym celu. Zniszczyliśmy bardzo wiele takich książek. Rozdaliśmy ponadto 89.500 obrazków, 20.663 różańców, 8.931 medalików. Należy czynić wszystko ku największej chwale Bożej i dla dobra dusz ludzkich, które odkupił Jezus Chrystus" (Aut 540-545).

 

©2018 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line