Powołania

Dzień 9 - Sztorm i pieniądze

Z Autobiografii św. Antoniego Marii Klareta:

„2 października 1839. O godzinie pierwszej po południu wsiadłem na statek. Było na nim dużo ludzi różnych narodowości. Usłyszałem rozmawiających po hiszpańsku. Bardzo się ucieszyłem i zapytałem ich: „Czy jesteście Hiszpanami?" Odpowiedzieli mi że tak i wyjaśnili że są benedyktynami i udają się do Rzymu. Opowiedzieli mi o swych nieszczęściach, poniesionych trudach i o biedzie, w jakiej się obecnie znaleźli. Również powiedzieli mi, że na statku jest także inny Hiszpan, bardzo przygnębiony, gdyż został okradziony, gdy przechodził przez granicę. I rzeczywiście był to człowiek, który miał iść ze mną, lecz nie dotrzymał słowa. Odnalazłem go, wyglądał żałośnie i pocieszałem go jak mogłem. Na tych rozmowach spędziliśmy popołudnie i wieczór.

Ponieważ moja podróż do Rzymu nie była dla przyjemności, lecz po to, by pracować i cierpieć dla Jezusa Chrystusa, uważałem, że powinienem poszukać sobie najskromniejszego i najbiedniejszego miejsca, gdzie miałbym najlepszą okazję cierpieć. Dlatego kupiłem bilet na pokład od strony dzioba, najtańsze miejsce na statku. Odszedłem zmówić różaniec i inne modlitwy, a potem szukałem miejsca, gdzie mógłbym nieco odpocząć. Nie znalazłem nic odpowiedniejszego jak tylko swój lin, na którym usiadłem i oparłem głowę o armatę, która stała przy otworze strzelniczym z boku statku.

W tej pozycji rozmyślałem o tym jak Jezus odpoczywał, kiedy płynął łodzią ze swoimi uczniami. Temat był tak bardzo odpowiedni, że Pan chciał, aby również było podobieństwo jeśli chodzi o burzę. Kiedy odpoczywałem zerwała się ogromna burza i woda zalewała statek. A ja nie wstając ze zwoju lin, zakryłem sobie głowę płaszczem, a węzełek z prowiantem i kapelusz położyłem na kolanach przyciskając do siebie, głowę pochyliłem trochę do przodu, aby pływała po mnie woda z fal rozbijających się o statek. Tak więc, kiedy słyszałem uderzenie fali, pochylałem głowę, odwracałem się plecami i lała się na mnie woda.

Tak spędziłem całą noc aż do świtu, kiedy spadł deszcz i ucichła burza. Tak więc najpierw zmoczyła mnie woda morska, a później słodka woda z deszczu. Cały mój bagaż składał się z jednej koszuli, pary skarpetek, chustki do nosa, brzytwy do golenia i grzebienia oraz brewiarza i Biblii w małym tomiku. Wszystko to nosiłem w chuście. Podróżujący na pokładzie nie otrzymują posiłków, więc każdy musi mieć własny prowiant na drogę. Wiedziałem o tym i dlatego przed podróżą zaopatrzyłem się w Marsylii w bochenek chleba i kawałek sera. To był cały mój prowiant na pięć dni podróży morskiej z Marsylii do Civitavecchia. Ponieważ wspomniana burza trwała tak długo i była tak silna, nalało się mnóstwo wody, tak że przemókł mój płaszcz i zamoczył się chleb i ser. Musiałem zjeść taki chleb, a mimo że był bardzo słony, byłem tak głodny, że bardzo mi smakował.

Następnego dnia, po uspokojeniu się morza i ustaniu deszczu, wyjąłem brewiarz i odmówiłem jutrznię i godzinki. Kiedy skończyłem modlitwę, podszedł do mnie pewien Anglik, który powiedział mi, że jest katolikiem i kocha kapłanów katolickich. Po chwili rozmowy poszedł do swojej kajuty i zaraz przyszedł z talerzem, na którym leżało trochę pieniędzy. Kiedy go zobaczyłem pomyślałem: „Co zrobię? Przyjmę te pieniądze czy nie?" Powiedziałem sobie: „Ja ich nie potrzebuję, ale potrzebują ich tamci nieszczęśliwi Hiszpanie, dlatego przyjmę te pieniądze i im je rozdam". Tak też zrobiłem. Przyjąłem pieniądze, podziękowałem i poszedłem rozdzielić pieniądze pomiędzy tych nieszczęśników, którzy od razu poszli do kuchni czy bufetu, gdzie kupili i zjedli co potrzebowali.

Inni podróżni postąpili tak samo, też mi dali pieniądze, a ja wszystko rozdałem tamtym. W ten sposób nie zostawiłem sobie ani grosza, chociaż dawano te pieniądze dla mnie. Również nie zjadłem niczego z tego co oni kupowali. Zadowoliłem się swoim chlebem mokrym od morskiej wody. Ów Anglik widząc, że jestem tak biedny i hojny, a tamci jedli to, co kupili za pieniądze, które im rozdałem, ja zaś nic nie jadłem, okazał się tym tak zbudowany, że przyszedł mi powiedzieć, że wysiądzie w Livorno, a dalej drogą lądową uda się do Rzymu. Dal mi na kartce zapisane swoje nazwisko oraz adres pałacu, gdzie miał mieszkać, abym do niego przyszedł, a da mi co będę potrzebował.

Cała ta przygoda umocniła mnie w moim przekonaniu, że aby zbudować i poruszyć ludzi, najlepszym i najskuteczniejszym środkiem jest przykład, ubóstwo, hojność, post, umartwienie, wyrzeczenie. Ten wielki pan angielski, który opływał w luksusy na wzór wschodni, a na statku miał powóz, służbę, ptaki i psy, powinien raczej odczuwać wzgardę wywołaną moim wyglądem, on jednak widząc biednego, hojnego i umartwionego kapłana doznał takiego wzruszenia, że sam nie wiedział jak ma je wyrazić. I nie tylko on, a także wszyscy podróżni, których nie było mało, wszyscy okazywali mi szacunek.

Po pięciu dniach żeglugi dopłynęliśmy do Civitavecchia, a stamtąd udaliśmy się do Rzymu. Przybyliśmy bez przeszkód dzięki łaskawości i miłosierdziu Bożemu" (Aut 129-136).

 

©2018 Misjonarze Klaretyni Prowincja Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Zadaj pytanie on-line